Wydawca treści Wydawca treści

Powrót

Słownik zawodów z przymrużeniem oka. Balwierz

Druga odsłona naszego żartobliwego słownika i znowu zawód z pogranicza medycyny.

Bo ciężko nazwać balwierza prawdziwym lekarzem. Z wiedzą medyczną miał raczej niewiele wspólnego. Jak to często ongiś* bywało, tacy „specjaliści” wykorzystywali wiedzę ludową i doświadczenie swoich nauczycieli – starszych balwierzy, u których się szkolili.

Balwierz (inaczej cyrulik) to taki dziwny mix zawodowy. Trochę  fryzjer, trochę dentysta, trochę lekarz - a co, nie można? Jak trzeba ogolił brodę, przystrzygł grzywę, wyrwał ząb (strach myśleć jakim narzędziem!), nastawił złamaną kość czy opatrzył świeżą ranę.

Jedną z ciekawszych czynności, jaką zajmował się balwierz, było upuszczanie krwi. Cóż to takiego? Kiedyś uważano, że to sposób na wiele przypadłości. Choremu nakłuwano rękę i spuszczano z niej znaczną część krwi. Boli cię głowa? Upuścimy trochę krwi! Słabo ci? Po spuszczeniu krwi będziesz jak nowonarodzony! Dziś już wiemy, że metoda jest nieskuteczna, a krew można oddać tylko honorowo, by ratować czyjeś życie.

Przydatność: 5/5 Po opatrzeniu rany jeszcze cię wymyje i ogoli – czego chcieć więcej?

Prestiż: 4/5 Balwierze byli szanowani, pomimo że do prawdziwej medycyny było im daleko. Poza tym kto będzie zadzierał z gościem z ostrą brzytwą?

Zarobki: 4/5 Całkiem zacne! Cyrulicy mieli swoje cenniki za konkretne usługi, a nie raz i jakaś tłusta kurka pewnie się trafiła w rozliczeniu.

Satysfakcja z pracy: 3,5/5 Czasem ciężko było pracować ze zbyt wymagającym i marudnym klientem.


* Ongiś – kiedyś. Nie zaszkodzi wiedzieć.

 

Autor: Joanna Buharewicz