Wydawca treści Wydawca treści

Powrót

Wystarczy chcieć

Bogusława Zaperta – lat 28, absolwentka OHP w Mińsku Mazowieckim. Gdy w 1999 r. trafiła Hufca Pracy nikt się nie spodziewał, że z tej zbuntowanej młodej osoby wyrośnie tak silna, rozsądna, pełna energii kobieta. Dziś skończyła studia, planuje pomagać młodzieży i marzy o założeniu rodzinnego domu dziecka. Jak twierdzi kadra 7-19 HP, z którą ich absolwentka stale utrzymuje kontakt: „Jeśli Boguśka sobie coś postanowi, na pewno to osiągnie”

Można powiedzieć, że gdy trafiłaś przed laty do OHP byłaś klasycznym przypadkiem młodej osoby na zakręcie, która wybiera OHP, bo to najbezpieczniejsza rozwiązanie, w jej nieciekawej sytuacji. Tu można bowiem realizować obowiązek szkolny i jednocześnie uwolnić się od przymusu chodzenia do szkoły, a także uciec przed zamknięciem w Ośrodku Wychowawczym lub innymi jeszcze mniej kolorowymi opcjami.

Zawaliłam VIII klasę, wtedy nie było jeszcze gimnazjów, tylko ośmioletnia szkoła podstawowa. Wagarowałam, buntując się przeciw wszystkim i wszystkiemu. OHP były dla mnie faktycznie dobrą propozycją w tamtym czasie, bo do szkoły chodzić nie chciałam, ale potrzebowałam pieniędzy, więc pragnęłam jak najszybciej zdobyć zawód i być niezależna finansowo.

Co Cię tak pchało do tej niezależności?

Życie. W domu się nie przelewało. Czwórka dzieci, wychowywana bez ojca, który zmarł jeszcze przed moimi narodzinami. Z matką miałam marny kontakt, żyła we własnym świecie, więc ja i rodzeństwo byliśmy skazani wyłącznie na siebie i od dziecka zmuszeni do samodzielności. W międzyczasie zdarzyło nam się nawet zaliczyć pobyt w Domu Dziecka, więc wesoło nie było, a dzieci wiadomo potrzebują miłości, ciepła, wsparcia, kogoś z kim mogą porozmawiać i na kogo mogą liczyć. Ponieważ w domu tego nie dostałam, znalazłam wsparcie w grupie rówieśników z okolicy. Zaczęły się wagary, bunt – styl grupy, z którą trzymałam. W tym okresie nie było przy mnie żadnego dorosłego, który powiedziałby: „Dziewczyno, weź się opanuj. Nie marnuj sobie życia”. Nie było kogoś, kto by mnie wziął za rękę i poprowadził, wskazał kierunek, wspomógł. Więc sobie wszystko olałam i żyłam na wzór innych z mojej grupy. Ale byłam nieletnia  i w końcu prawo się mną zainteresowało. Trafiłam do OHP i o dziwo tu znalazłam szansę, by wyjść na prostą i wziąć życie w swoje ręce.

I wzięłaś.

Po prostu wykorzystałam szansę. Trafiłam na świetnych wychowawców, którzy pomogli mi znaleźć praktyki w zawodzie sprzedawcy. Zaczęłam realizować obowiązek szkolny poprzez Rzemieślniczą Naukę Zawodu. Zawsze chciałam być sprzedawcą, więc bardzo mi to odpowiadało. Wciągnęłam się w naukę i w OHP. Tak mi zostało do dziś (śmiech).

Słyszałam, że jesteś jedną z najwierniejszych absolwentek mińskich OHP…

Od momentu wstąpienia do hufca, praktycznie nieprzerwanie jestem z nim związana. Najpierw była RNZ, potem kontynuowałam naukę w CKU w liceum, ale też odwiedzałam hufiec. Uczestniczyłam w różnych projektach EFS organizowanych w 7-19 HP. A to kurs angielskiego, a to podstawy przedsiębiorczości, innym znów razem kurs barmańsko-kelnerski. Potem, kiedy poszłam do studium informatycznego w OHP odbywałam praktyki, a ponieważ chciałam się uczyć dalej i udało mi się rozpocząć studia, okazja do odbycia kolejnych staży w OHP wciąż się nadarzała. Jak zatem widać, jak już się do kogoś przykleję, to trudno się mnie pozbyć (śmiech).

Z tego, co słyszałam od kadry 7-19 HP, nikt nie narzeka na Twoją obecność. Wychowawcy cieszą się, że mają kontakt ze swoją uczestniczką i są dumni z tego, że ich podopieczna tak wysoko zaszła. Mnie jednak zastanawia jak Ci się udało samodzielnie dojść do miejsca, w którym teraz jesteś. Przecież musiałaś zarabiać, by się utrzymać i godzić naukę z pracą…

Było ciężko, to prawda, niekiedy miałam też momenty kryzysowe, ale w hufcu zawsze mnie wspierano, popychano do przodu, zachęcano do rozwoju. Czułam, że może mi się udać, więc dodatkowo motywowana przez życzliwych mi ludzi, jakoś ciągnęłam wszystko dalej. Nauka kosztuje, trzeba więc pracować. Ja  praktycznie od kiedy zaczęłam pracę w wieku 16 lat, nieprzerwanie ją kontynuuję.

Zamierzasz potem porzucić handel na rzecz resocjalizacji?

Lubię pracę w handlu, ale chciałabym móc pomagać młodym ludziom. Mnie kiedyś takiego wsparcia bardzo brakowało i wiem jak jest ono potrzebne na różnych etapach życia. Mam więc nadzieję, że uda mi się teraz dać innym to, czego mnie samej brakowało. Natomiast moim największym marzeniem jest założenie rodzinnego domu dziecka. Sama się otarłam
o DDz i wiem, jak trudno jest tam niektórym dzieciakom, zwłaszcza licznemu rodzeństwu, rozdzielanemu, ponieważ rzadko kto, chce adoptować wszystkie dzieci razem.

Czy po swoich osobistych doświadczeniach i studiach, masz już w głowie, jakiś „zestaw wychowawczy”, myślisz, że wiesz, czego potrzebują dzieci, jak wpływać na młodzież?

Jednej recepty, jednego przepisu na pewno nie ma. Na tę chwilę wierzę, że trzeba i dzieciom, i młodzieży poświęcać czas. Trzeba z nimi rozmawiać, nie zakazywać, lecz wspierać, nie spełniać wszystkich ich zachcianek, lecz dawkować je z umiarem. Stawiać granice, pokazywać drogę, być dla nich przewodnikiem, drogowskazem i szanować ich prawo do wolności oraz własnych wyborów.

Rozmawiała: Izabela Marczak