Публикатор Публикатор

Назад

Przepis na sukces? Pracuj z sercem!

Justyna Magielnicka – absolwentka OHP 7-31 Hufca Pracy w Grodzisku Mazowieckim. Fryzjerka, właścicielka własnego salonu i pasjonatka pracy. Zdanie, które najczęściej powtarza brzmi: „Jeśli coś robisz, rób to dobrze”.

Szkołę zawodową Justyna skończyła w Grodzisku Mazowieckim, sztukę cięcia, pielęgnacji i stylizacji fryzur doskonaliła w Warszawie w prywatnym technikum Beaty Mydłowskiej; w międzyczasie pracowała dla kilku zakładów fryzjerskich i chłonęła wiedzę związaną z dobrymi praktykami w tej branży. Obecnie jest właścicielką kameralnego salonu fryzjerskiego w centrum osiedla w Grodzisku Mazowieckim. Cechuje ją optymizm, szczerość i upór w dążeniu do celu; jak twierdzi, jej pasją jest po prostu praca.

Zdajesz sobie sprawę, że swoją osobą przełamujesz stereotyp na temat młodzieży z OHP?

Że to młodzież trudna, mająca problemy w nauce i trudności ze zdobyciem jakiegokolwiek zawodu?

No właśnie.

Tak, słyszałam takie opinie i nie ukrywam, że sama też w pewnym momencie odczułam je na własnej skórze.

Co masz na myśli?

Nie chciano mnie przyjąć do zawodówki, bo miałam zbyt dobre stopnie na świadectwie gimnazjalnym. Ostatecznie pozwolono mi wejść w progi szkoły zawodowej, ale dopiero po złożeniu pisemnej deklaracji, że faktycznie wiem, co robię i na co się decyduję.

Bo myśląc stereotypowo powinnaś była raczej wybrać liceum?

Dokładnie. Ja jednak czułam ogromną potrzebę szybkiego uniezależnienia się i chciałam mieć w ręku konkretne umiejętności, nie tylko wiedzę, ale i fach. Liceum by mi tego nie dało. Dlatego postanowiłam skończyć zawodówkę.

Wybór fachu fryzjerskiego był tym, o czym myślałaś od dawna?

Wręcz przeciwnie, zadecydował przypadek. Początkowo zaczęłam naukę na kierunku usługowo-gospodarczym, ale nie do końca byłam do niego przekonana, poza tym moja klasa się rozpadała. Było zbyt mało chętnych na ten kierunek i jej istnienie wisiało na włosku. Pewnego dnia na stacji PKP w Grodzisku, gdy czekałam na pociąg, jakaś dziewczyna zapytała mnie o godzinę. I jakoś tak od słowa do słowa, zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. Mówiła,
że chodzi do zawodówki i uczy się na fryzjerkę. Opowiadała, że to bardzo fajny kierunek
i daje możliwości rozwoju. Zapytała czy nie miałabym ochoty zmienić profilu zawodowego
i przenieść się na ten, który ona wybrała. Po namyśle faktycznie tak zrobiłam. Od nowego semestru przeniosłam się na fryzjerstwo.

Czyli argumentem nie była pasja?

Miałam wtedy 17 lat i jeden cel – niezależność. Nie miałam jednak mocno skonkretyzowanego zawodu, jaki chciałabym wykonywać. Fryzjerstwo wydało mi się ciekawą opcją. Pomyślałam, że może się ono stać czymś, co da mi nie tylko możliwość szybkiego usamodzielnienia się, ale i czymś, w co się zaangażuję i będę wykonywać z przyjemnością, i tak też się stało.

Rodzice nie byli zdziwieni, że ich córka – wzorowa uczennica wybiera zawodówkę zamiast szkoły średniej?

W pewnym sensie dali mi pod tym względem wolny wybór, choć nie da się ukryć, że zawodówka, uchodziła w mojej rodzinie, zwłaszcza w porównaniu z dalszymi krewnymi - inżynierami, architektami - za pewien rodzaj dziwactwa. Ja jednak nigdy nie patrzyłam na naukę zawodu, jak na coś gorszego. Nigdy nie klasyfikowałam ludzi według miary: „gorszy – bo po zawodówce, lepszy – bo po studiach”. Dla mnie albo ktoś był dobry w tym, co robi, albo nie i ewentualnie tu dopiero mogła następować jakaś ocena czy podział, choć i tak dotyczyła ona raczej pracy, niż człowieka. Tak więc nawet jeśli w rodzinie kogoś dziwiła moja decyzja, nie przywiązywałam do tego większej wagi.

Taka niezależność od opinii innych u młodej osoby zakrawa niemal na egzotykę...

Być może, ale nie wiem nawet czy byłam świadoma tej psychicznej niezależności i czy ona miała tu jakieś znaczenie. Myślę, że inna cecha determinowała moje ówczesne wybory – upór. Jestem uparta i kiedy mam przed oczami jasno wytyczony cel, to staram się go osiągnąć.

I osiągnęłaś. Masz 25 lata i własny, rozwijający się biznes. Dla mnie to zawsze niezwykłe, że młodzi ludzie decydują się na tak wielki krok, jakim jest założenie własnej firmy. To chyba wymaga wielkiej odwagi?

Albo odwagi, albo determinacji. Ja nagle zostałam bez pracy i musiałam ją sobie zapewnić sama. Poza tym jestem zdania, że jeśli jesteś w czymś dobry i sumiennie, z zaangażowaniem
i sercem wykonujesz swoją pracę, to nie ma się czego bać, nie może się nie udać.

Mimo wszystko interesuje mnie proces, w jakim dochodzi się do decyzji o podjęciu własnej działalności, o pracy na własny rachunek. Bo przecież, choć twoim celem od wielu lat była niezależność, nie zdecydowałaś się na otwarcie własnego salonu zaraz po skończeniu szkoły, jednak nadal pracowałaś u innych.

To prawda, pracowałam u innych i podglądałam jak wygląda prowadzenie własnego zakładu. To chyba właśnie była część procesu dojrzewania do decyzji o własnym salonie. Przez lata nauki odbywałam praktyki i staże w różnych zakładach fryzjerskich, lepiej lub gorzej prowadzonych, jednak z każdego miejsca próbowałam czerpać jakąś naukę. Kolekcjonowałam dobre praktyki w obsłudze klienta, podpatrywałam, co się klientom podoba, a co nie, jak powinien wyglądać salon, jak powinna funkcjonować praca zespołu. I choć w tyle głowy cały czas miałam potrzebę otwarcia swojej firmy, zwlekałam z decyzją, aż przyszedł czas, gdy nie miałam wyboru.

Jak doszło do tego, że zostałaś bez pracy?

W branży fryzjerskiej panuje ogromna konkurencja, zakłady fryzjerskie są niemal na każdym rogu ulicy. W związku z tym powszechny jest również wyzysk pracowników, zwłaszcza młodych, dopiero startujących w tym fachu. Zatrudnia się ich na ¼ etatu lub w ogóle bez etatu, wymienia jak rękawiczki i każe pracować piątek, świątek i niedziela. Ja jako taka właśnie osoba początkująca na wiele z tych rzeczy – niewygodnych i niesprawiedliwych – się godziłam, ale ugodowość też ma swoje granice. Dla mnie tą granicą było złamanie przez pracodawcę umowy, co do dnia wolnego, w którym miałam do zdania ważne egzaminy. Mimo, że dużo wcześniej ustaliłam ze swoim szefem urlop, kazał mi przyjść do pracy, w dniu, w którym właśnie jechałam zdawać egzamin. Cóż, wybrałam egzamin i straciłam robotę. To było tuż przed świętami wielkanocnymi 2010 roku.

Ale przecież swój salon musiałabyś otworzyć niemal zaraz po świętach. Coś mi się tu nie zgadza. Przecież to nie jest takie hop siup: podjąć decyzję, znaleźć fundusze, załatwić formalności w urzędach, wyszukać lokal pod działalność... przecież to wszystko wymaga czasu.

Zasadniczo tak właśnie się działo. Przez okres świąt podjęłam decyzję, co dalej robić ze sowim życiem zawodowym. Potem wzięłam kredyt na otwarcie salonu, znalazłam lokal, zarejestrowałam działalność w urzędzie, zrobiłam remont i dostosowałam salon do pracy, no i wystartowałam.

Czyli ile konkretnie czasu pozostawałaś bez pracy?

Miesiąc.

Niewiarygodne. Jak dla mnie to mistrzostwo świata... albo kompletne szaleństwo. Nie bałaś się? Przecież sama mówisz, że w tej branży jest ogromna konkurencja, że salony powstają, jak grzyby pod deszczu.

Ryzyko, że coś pójdzie nie tak, jest zawsze, ale czy siedzenie i długie debatowanie nad tym, co się może nie udać, zmieni fakt, że ryzyko istnieje? Oczywiście można się zastanawiać, jak je zminimalizować, ale prowadząc firmę to się robi przecież cały czas. Moim zdaniem, trzeba działać, a nie zastanawiać się czy podjąć jakieś działanie. Wierzę też, że jeśli ludziom zaoferuje się wysoką jakość usług, rozsądnie dostosowaną cenowo do ich możliwości, to zawsze na daną usługę znajdą się chętni. Poza tym ja otwierając salon, nie rzuciłam się z motyką na słońce. Wybrałam skromne, choć przytulne i estetyczne wnętrze, zaproponowałam swoim klientom pełną ofertę zabiegów fryzjerskich, ale po przystępnych cenach, z ulgami dla emerytów, studentów i rencistów, poza tym postanowiłam trzymać się reguły przyjaznego i otwartego nastawienie do klienta. Nie zrobiłam więc skoku na główkę do pustego basenu, ale i nie łudziłam się, że raptem szybko zbiję kokosy. Po prostu stworzyłam dla siebie miejsce pracy. Zapewne z czasem, powoli spróbuję poszerzać ofertę salonu o inne zabiegi kosmetyczne, ale powoli. Być może dopiero za dwa lub trzy lata będę mogła sobie pozwolić na jakąś podwyżkę cen za usługi, jednak obecnie cieszę się, że po pół roku działalności mam już grono stałych klientów i nie narzekam na brak zajęcia. Co więcej mogłam już nawet pozwolić sobie na przyjęcie jednej stażystki i jednej uczennicy praktykantki z OHP.

Ok, udało Ci się dopiąć swego, ale nadal trudno mi uwierzyć, że prowadzenie własnego biznesu nie jest okupione znacznymi kosztami, lękami czy stresem.

Ale ja wcale nie twierdzę, że to nie wymaga trudu czy nie jest okupione stresem.
Na początku, kiedy jeszcze nie miałam nikogo do pomocy, a salon działa przecież sześć dni
w tygodniu, w tym pięć po 12 godzin, to naprawdę było mi trudno. Potem gdy doszły dziewczyny, mogłam nieco odsapnąć, ale i tak po nocach śniło mi się, że jest niedziela, a klientki pukają do drzwi mojego mieszkania oburzone faktem, że salon jest zamknięty. Każdego miesiąca liczę grosz do grosza i zastanawiam się czy uda się wypracować choć tyle zysku, by opłacić czynsz za lokal na kolejne 30 dni. Gdy zaś trafi się lepszy sezon, każdą nadwyżkę pieniędzy staram się odkładać, by w razie czego mieć jakiś zapas, gdy nastąpi przestój w biznesie. Nie jest więc lekko, ale za to jest pasjonująco. Jak wszystko, również realizacja pasji czy marzeń, okupiona jest jakimiś kosztami.

A co jest najtrudniejsze w pracy na własny rachunek?

Jeszcze na etapie podejmowania decyzji o otwarciu salonu, najtrudniej było mi przekonać do tego pomysłu męża. Ja jestem optymistką, on raczej pesymistą. Tam, gdzie ja widziałam szansę, on pokazywał przeszkody, ja snułam wizje, on urealniał. Na szczęście udało się nam uzgodnić wspólny front. Ja trochę nabrałam dystansu i rezerwy do niektórych spraw,
a mąż złapał pewną dawkę wiary w sukces. I zaczęliśmy działać.  Później natomiast dość szybko dowiedziałam się, że nie jest łatwe np. to, aby pogodzić potrzeby własne, klientów
i pracowników, tak by nikt nie był pokrzywdzony czy zawiedziony. W ogóle branża usługowa nie należy do najłatwiejszych. Specyfika pracy z klientem wymaga tego, by boli czy nie boli, zawsze się uśmiechać. Wchodząc do salonu muszę więc często zostawiać swoje problemy osobiste za drzwiami, a to wcale nie takie proste.

Czy na tym etapie swojej kariery zawodowej potrafiłabyś już podać jakąś receptę na sukces w biznesie?

Sądzę, że nie ma jednej doskonałej recepty. Każdy musi wypracować swoje sposoby. Ja
w swojej pracy stawiam na jakość. Ponieważ pracuję w usługach, ogromną wagę przywiązuję do uważnego słuchania i słyszenia tego, co ludzie mówią i czego potrzebują. Jako pracodawca cenię sobie obopólną szczerość i szacunek w relacji z pracownikami. Jestem zdania, że trzeba inwestować w pracowników i stwarzać im taką atmosferę pracy, aby nie chcieli odchodzić. Sądzę też, że warto być otwartym na współpracę z innymi przedsiębiorcami, na międzybiznesowe współdziałanie, bo nie wiadomo kiedy i od kogo będziesz potrzebował pomocy. No i trzeba pracować, i to z sercem, nigdy nie obniżając lotów. Sukces bowiem to nie manna, z nieba nie spada.

Rozmawiała: Izabela Marczak


Отображение сетевого контента Отображение сетевого контента